Wyprawa do RPA cz.2 – Podróż

Nadeszła pora by ruszyć w moją wymarzoną podróż, jak zawsze przygotowany na wyprawę do Afryki…

Bla, bla, bla  – tak pewnie zacząłby wytrawny podróżnik, każdy lubi myśleć o sobie jak o Indianie Jones’ie, ale jak przychodzi co do czego to z Indiany zostaje nam co najwyżej skórzana kurtka i tyle. W moim przypadku nie było inaczej.

Spakowałem się … jak idiota, zabrałem masę książek, no bo przecież co ja będę robił w RPA wieczorami – taaak, będę pochłaniał książki, tak więc słowo pisane stało się moim największym balastem w moim bagażu. Reszta, to ciuchy – co mi tylko przyszło do głowy, tak na prawdę to w 2001r. internet nie był tak powszechny, jak by mogło się wydawać i nie miałem dostępu do miliona poradników dot. wyjazdu do RPA.

Wylot był z Niemiec, dlatego koledzy z pracy odwieźli mnie na lotnisko. W firmie byłem na ustach wszystkich, bo tak na prawdę nikt nie wiedział po co tam lecę i dlaczego właśnie ja. Całą drogę rozmawialiśmy o Afryce, dwójka kolegów starała się przekazać mi całą zasłyszaną przez ostatnie dwa tygodnie wiedzy na temat Południowej Republiki Afryki. Ja w myślach byłem już w samolocie i starałem się robić dobrą minę do złej gry. Nie będę ściemniał, bałem się tego czternastogodzinnego lotu – jak na pierwszy raz to niezłe wyzwanie.

Na lotnisku spotkałem resztę naszej trzyosobowej delegacji, na szczęście poznaliśmy się już wcześniej i bezstresowo ruszyliśmy do bramek, po drodze dopytywałem się o to, czy też się boją itd. Odpowiedzi były iście heroiczne, usłyszałem historie o ilości lotów i ilości mil zgromadzonych na karcie lojalnościowej. Zamknąłem oczy i wszedłem na pokład samolotu.

W powietrzu szybko okazało się, że przy pierwszych turbulencjach, moi towarzysze prawie nie narobili w gacie ;). Nie ukrywam, że znacznie poprawiło mi to humor, a myślałem że to ja będę panikował i tak ruszyliśmy.

Pierwszy przystanek – Johannesburg. Jeden z największych portów lotniczych na świecie. Odebraliśmy nasze bagaże, bo dalsza podróż miała się odbyć już lokalnymi liniami lotniczymi i wyszliśmy na lotnisko szukać naszej bramki.

Przy wejściu stał młodziutki chłopczyk, który rozdawał ulotki, przysięgam myślałem, że to reklama taxi czy coś. Po wzięciu do ręki szok! Na ulotce był duży napis:”FIND YOUR GATE!” Lotnisko nie było w pełni skomputeryzowane i szukanie naszej bramki przypominało coś w rodzaju podchodów. Biegnąc z moją ultra ciężką torbą na ramieniu, przeklinałem całą literaturę, którą musiałem dźwigać, na szczęście znaleźliśmy naszą bramkę i znów do samolotu – tym razem lokalnego.

Czy ja mówiłem, że bałem się w Niemczech wsiąść na pokład? Tak? Nieeee teraz dopiero się bałem, jak wchodziłem na pokład malutkiego samolociku wyposażonego w dwa silniki turbośmigłowe, na dodatek posadzili mnie przy okienku z widokiem na skrzydło, już przy starcie widziałem ruszające się nity podczas wibracji – masakra! Na szczęście w powietrzu okazało się, że samolot sobie radzi i stres opadł. Po 1,5 godzinnym locie naszym oczom ukazał się cudowny widok – Ocean Indyjski i cel naszej podróży Port Elisabeth.

Piękny widok cieszył oczy, do czasu aż samolot nie zaczął kołować, wtedy przelecieliśmy nad częścią lądu nie należącego… a może raczej nienależącego do nikogo – „kartonowe miasto” na dalekich obrzeżach Port Elizabeth, gdzie widać było że tuż za progiem przepięknego portowego i turystycznego miasta nie jest tak cukierkowo jak opisują przewodniki…

Na malutkim lotnisku czekał już przedstawiciel naszej firmy, który zawiózł nas do hotelu, który miał się stać naszym domem na następne kilka miesięcy.

CDN…

  • Wszystkie zdjęcia pochodzą z wyprawy, jak się domyślacie, nie miałem cyfrówki, tylko mojego Pentaxa, 3 obiektywy i garść klisz z różnym ISO 🙂

Zapisz

Blog prowadzi: Daniel Trzciński

Praca w domu to czasem piekło! Jeśli często odczuwasz to samo to dobrze trafiłeś(aś) – wspólnie poskromimy tego demona.