Urlop, deadline i inne pierdoły

Deadline, straszne słowo, wszyscy, którzy je dobrze znają wiedzą o czym mówię. Sam deadline jest nieuchronny, zawsze mamy termin na realizację naszych celów… co jeśli skraca się nieubłaganie, bo … przecież idziemy na urlop! Co to za pierdoły? Pomyślą inni… no właśnie

Jak pójść na urlop i nie dokończyć swoich tematów – nie wiem jak wy, ale ja nie mogę – po prostu nie mogę. Czemu?
Bo będę miał spieprzony urlop i będę myślał o tym, że czegoś nie dokończyłem. Nie tylko myślał – nerwowe wyczekiwanie na telefon z pracy z pytaniem – co z tym? – co z tamtym? Pewnie teraz myślicie – co z tego – to normalne, gość ma dylematy…

Powiem tak: walić taki urlop z laptopem służbowym i komórką służbową pod ręką. Musiałbym być chyba nienormalny, żeby chcieć tak odpoczywać.
Znam sporo ludzi, którzy mimo wszystko na wyjazd zabierają służbowe graty. Co to za pomysł, by siedzieć na plaży z rodziną, przyjaciółmi wyciągnąć służbowego laptopa i wciąż aktywnie pracować… To normalne? Jeśli wg was tak, to czas zastanowić się nad sobą.

Dobra, rozumiem przedsiębiorców – to ich firma i dbają o nią jak o oczko w głowie, – „kontrola jest najwyższa formą zaufania”  powiedział mi kiedyś kolega – tak, miał rację. Niestety na etapie, w którym nie mamy zaufanych ludzi pod bokiem, a firmy nie stać na najmniejszą stratę – trzeba jej pilnować, bo zmarnieje. Tutaj bezdyskusyjnie powiem – trudno oni muszą dbać – jak to się mówi, przynajmniej wiedzą za co.

Przez lata byłem chory, chory na pracę… obserwowałem moich bliskich, którzy też zaczynali chorować na … pracę. Na temat psychomanipulacji, jakie stosują korporacje względem pracowników, napisano miliony książek i poradników. Zobaczcie, jakie to sprytne, raz skrzywiony człowiek, bez względu na to, że zmieni pracę i zaczyna pracować nad sobą dalej z uporem maniaka żyje, żeby pracować – zamiast odwrotnie, pracować żeby żyć.  

Zostawiasz przyjaciół, znajomych i rodzinę – najważniejsze jest piąć się po drabince. Wow – nagle Twoje nazwisko znajduje się na diagramie organizacyjnym wielkiego korpo – jesteś kimś, teraz to im dopiero pokażesz jak umiesz pracować – brzmi znajomo?

Najśmieszniejsze jest to, że nie robi się tego dla pieniędzy, robi dla zaszczepionej idei dla ciepłego uśmiechu szefa, pochwały i akceptacji…. oraz wiecznego niebezpieczeństwa utraty pracy. Taka osoba na pytania o weekendowe plany odpowiada – w poniedziałek mam ważne zebranie, wtorek zamknięcie projektu, wiesz deadline … bla, bla, bla … i tak w kółko. W pewnym momencie jest już za późno. Zostajemy korpo-szczurem/myszą obojętne.

Kiedy ludzie orientują się, że jest za późno? Ano wtedy, gdy nagle w zespole pojawia się nowa „gwiazda” sezonu, kiedy zdrowie zawiedzie a nasza firma dalej sobie radzi i nikt nawet nie zadzwoni spytać jak się czujesz. Wreszcie kiedy damy przysłowiowej „dupy” i coś sknocimy, pierwszy raz w naszej karierze a nasza super, ultra duper firma pokazuje nam faka i wysyła za drzwi…
Kiedy rodzina, znajomi się od nas odwracają, bo zbyt długo nie mieliśmy dla nich czasu.

Wszystko fajnie, tylko pieniądze trzeba zarabiać i dlatego cisnę ile się da, żeby skończyć temat i oddać błogiemu lenistwu.

 

Blog prowadzi: Daniel Trzciński

Praca w domu to czasem piekło! Jeśli często odczuwasz to samo to dobrze trafiłeś(aś) – wspólnie poskromimy tego demona.