Rzeczy, które się zmienią po wyprowadzce z rodzinnego miasta

Rzeczy, które się zmienią po wyprowadzce z Twojego rodzinnego miasta.

Dorastałem w przepięknej miejscowości uzdrowiskowej Cieplice Śląskie Zdrój, słynące z wód zdrowotnych, pięknego parku zdrojowego, w  którym żona Jana III Sobieskiego –  Marysieńka uwielbiała wypoczywać. Ciche wspaniałe miejsce, gdzie prawie wszyscy się znali. Dwie szkoły podstawowe, dwa kościoły, liceum, szkoła rzemiosł artystycznych oraz oddział Politechniki Wrocławskiej ulokowany w pięknym pałacu Schaffgotschów . Do tego piękny park, podzielony na dwie części na „park” i „park norweski”. Wszystko otoczone piękną panoramą Karkonoszy. W tle majaczył zamek Chojnik.

 

Nie było telefonów komórkowych, każdy miał przy sobie kartę do budki telefonicznej, żeby ewentualnie dać znać rodzicom gdzie jest.  W domach królowały niepodzielnie czarno-białe telewizory. Żeby móc obcować z komputerami, trzeba było zapisać się na „kółko komputerowe” w centrum kultury. ZX Spectrum, Atari 65, Commodore i Atari ST – czad.

Po lekcjach umawialiśmy się w parku, żeby pograć w piłkę, za słupki robiły nam nasze plecaki i tornistry. Wieczorem próbowaliśmy dostać się do lokalnego kina Piast, licząc, że ktoś nas wpuści na film z ograniczeniem wiekowym. Budowaliśmy bazy, toczyliśmy wojny z użyciem czarnego bzu i rurek (Te z huty szkła w Szklarskiej Porębie były suuuppper). Chodziliśmy się kąpać na stawy podgórzyńskie, gdzie montowaliśmy huśtawki, żeby skakać do wody. Na basen jeździło się do Sobieszowa, gdzie spędzaliśmy calutki dzień nad wodą, grając w karty i zajadając się kanapkami, przygotowanymi przez rodziców.

Z czasem kino zostało zamienione na siłownię, gdzie uczęszczali praktycznie wszyscy z okolicy, ćwiczyliśmy, graliśmy w kosza. Dorastanie w Cieplicach było na prawdę super, nawiązywało się przyjaźnie, znało się praktycznie wszystkich, przynajmniej z widzenia. Kiedy byłem nastolatkiem, świat już się zmieniał a ja razem z nim. Chciałem więcej i więcej, nie tylko wakacyjnych prac, które pozwalały kupić dobrą parę butów przed rozpoczęciem roku szkolnego.

Będąc w technikum, wysłałem swoją legitymację do Szwajcarii no i przetłumaczyli Uczeń na Student, dzięki temu całkiem legalnie wyjechałem do pracy w Szwajcarii na farmie. Wyjeżdżałem jeszcze 2 razy, ale po powrocie cieszyłem się olbrzymimi jak na moje możliwości pieniędzmi. Po zdaniu matury, wyjechałem ostatni raz. Po powrocie zacząłem rozglądać się za lokalną pracą – no i udało się prawie błyskawicznie. Zachaczyłem się w Niemieckiej korporacji i tam zostałem na kolejne 8 lat.

Nadal mieszkając w moim miasteczku cieszyłem się urokami tego miejsca. Powrót z pracy zajmował maksymalnie 20 min., potem szybki obiad i już byłem umówiony, na siłownię, kosza wyjście do lokalnego pubu. Na wszystko było mnóstwo czasu. Wspominając te czasy w głowie mam jedno – sielanka.

Może dlatego, jak ogłosiłem, że zmieniam pracę i przeprowadzam się w okolice Kalisza ludzie patrzyli na mnie, jak na ufoludka. Jedni mi kibicowali, inni byli czarnymi prorokami. Ja chciałem się rozwijać. Nie wiedziałem wtedy jaką cenę trzeba zapłacić….  Oto kilka rzeczy, jakie zmieniły się, a raczej jakie musiałem zmienić w moim życiu po przeprowadzce:

Lęk to tylko emocja a nie styl życia. 
Nie oszukujmy się, to właśnie on jest tak zwanym „show stoperem”, to właśnie on powoduje, że boimy się zmian. Powoduje, że nie jesteśmy w stanie podjąć się wielu rzeczy. W obecnych czasach nic nie przychodzi łatwo, ale to co stoi na naszej drodze do realizacji marzeń, jest właśnie strach. Dopiero w momencie, kiedy zorientujemy się, że to tylko emocja, którą odczuwamy przed podjęciem decyzji, która dzieli nas od celu poczujemy się silniejsi niż nigdy przedtem. Po odrzuceniu strachu okazuje się, że możemy więcej niż się po sobie spodziewaliśmy, potrzeba tylko odrobiny pracy nad sobą.

Twoja strefa komfortu rozleci się na kawałki.
Brzmi przerażająco … i jest przerażające. Doświadczysz tego zaraz po porzuceniu swojej codziennej rutyny. Twój żołądek przewróci się do góry nogami i będzie dawał znać o sobie. W głowie będziesz słyszał głos mędrca:
– Co Ty do cholery odpierdalasz? Po co Ci to? Tak Ci źle było?
Po przeżyciu małego i całkiem zrozumiałego ataku paniki, zrozumiesz dlaczego tak się działo.  Piękno przeprowadzki do nowego miejsca polega na odkrywaniu siebie na nowo, burzymy swoje stare „ja” i składamy na nowo.
Od poznawania nowych ludzi, odkrywania nowych restauracji, próbowania lokalnego piwa i nowych wyzwań. Tak właśnie wygląda samodzielność. To niesamowite przeżycie, fajnie jeśli nie musisz go smakować, bo dobrze Ci jak jest – nie oceniam. Uważam, że smakowanie życia, próbowanie go na wszystkie sposoby powoduje nasz wewnętrzny rozwój. Myślę, że tak smakuje dorosłość i jest to jeden sposobów na odpowiedź na pytanie „…Kim jestem i czego chcę?”

Tam jest mój dom, gdzie zawieszę swój kapelusz…

Dom zawsze będzie domem. Nie zrozumcie mnie proszę źle, zawsze gdy wracam w rodzinne strony czuję wszechogarniającą mnie radość, wszystkie szczęśliwe chwile wracają jak bumerang. Jest takie powiedzenie „Karkonosze w sercu noszę…”. Kocham moje góry, miasteczko, rodzinę i przyjaciół, którzy tam zostali.
Od mojego wyjazdu minęło już ponad 10 lat i od tamtej pory staram się kolekcjonować przeżycia, znajomości, które pozwolą mi myśleć o moim nowym domu jako o szczęśliwym miejscu, w którym czuję się dobrze, bezpiecznie i szczęśliwie. Jeżeli tego nie zrobimy, to już na zawsze pustka zagości w naszym sercu, nie będziemy w stanie funkcjonować w nowych realiach. Trzeba zaakceptować nowe miejsce i odnaleźć siebie w otaczającym świecie. Odebrać lekcję i porzucić rutynę!

Utrzymywanie kontaktów z rodziną i przyjaciółmi nie jest łatwe…

To chyba najtrudniejsze w nowej rzeczywistości, ciężko jest pozostać w kontakcie z ukochanymi osobami. Zaraz po zachłyśnięciu się nowym miastem, pracą i ludźmi przychodzi to uczucie. Przyjaciele, z którymi mogliśmy „konie kraść” są daleko, rodzina tak samo. Zostajesz sam na sam z rzeczywistością. Nie ma brata, siostry, cioci czy wujka, którzy wyciągną pomocną dłoń. Być może najpierw poczujesz dumę z tego, że radzisz sobie sam! Potem przychodzi refleksja, że jednak są daleko i brakuje Ci ich… cholernie brakuje. Na początku będziecie toczyć z nimi codzienne długie rozmowy, chwalić się postępami, dzielić porażkami. Będziesz robić całą masę zdjęć i dzielić się nimi w mediach społecznościowych budując obraz idylli – w końcu niech wiedzą jak Ci dobrze…
Walka z samym sobą, przekonanie się, że świat się nie skończył i dajesz radę, to podstawa. Nie będzie łatwo, ale mogę Cię pocieszyć, że przyjdzie taki dzień w którym powiesz sobie, że nie jest źle, tak właśnie dobrze słyszałeś – jest OK.
Twoja rodzina i przyjaciele wciąż będą tam dla Ciebie, nawet jeśli do nich nie napiszesz lub nie zadzwonisz w tym tygodniu.

Tak właśnie wygląda życie, pozostawanie i życie przeszłością nie prowadzą do niczego dobrego!

To było dla mnie chyba najtrudniejsze, walka z poczuciem straty, samotnością na którą sam się skazywałem. Nie zawsze wszystko idzie po naszej myśli, ale kto ma dać radę jak nie my! Teraz jest już znacznie prościej. Moja rodzina i przyjaciele są tam nadal dla mnie, cieszą się razem ze mną z moich sukcesów, pomagają przetrwać porażki. Nawet lepiej, wiedzą, że jest miejsce w innym mieście, gdzie są mile widziani i mogą zawsze liczyć na mnie. Ja również z dumą obserwuję ich rozwój, staram się brać udział w ich życiu, na tyle na ile pozwala mi czas.

To nie jest tak daleko!

500 km – brzmi strasznie, ale nie jest! To tylko 4,5 godziny jazdy autem, czasem bilet lotniczy można kupić za 20 PLN i polecieć do Wrocławia, gdzie zawsze może podjechać brat lub jedno z przyjaciół i zabrać Cię do domu!!! Dystans nie jest problemem, wystarczy zaplanować czas i już możemy być blisko. Pamiętajcie proszę o tym, że wyprowadzka do innego miasta, to nie koniec świata. No chyba że postanowiliście przeprowadzić się na biegun lub gdzieś za Atlantyk!

Nie bój się ruszyć dupę!

Najgorszą rzeczą jaką można zrobić, to utknąć w miejscu pod naporem strachu. Wraz z wiekiem przychodzą wątpliwości – czy sobie poradzę w nowej pracy? Czy jestem tak dobry jak myślę? Co to będzie?
I cała masa innych wątpliwości związanych ze strefą komfortu. Pokonując te wątpliwości możemy się zmierzyć z naszymi ograniczeniami. Zachęcam wszystkich, którzy żyją w swojej malutkiej miejscowości, do próby sprawdzenia swoich sił w wielkim świecie. Nie myślcie o tym jak o zesłaniu, to szansa dla was na odnalezienie swojego miejsca na świecie, co najważniejsze poznania swoich możliwości i zmierzenia się z samym sobą.

Gdyby nie cudowni ludzie, których spotkałem na swojej drodze życia, nigdy nie powstałby ten blog, ja dalej pracowałbym w fabryce i narzekał, że świat jest niesprawiedliwy. Obecnie mieszkam już w kolejnym miejscu i wiecie co? Nie jest źle 😉

Zostawię was z dwoma pytaniami:

– jak nie teraz, to kiedy?

– jak nie my, to kto? 

 

Trzymam za was kciuki! Spełniajcie marzenia!

 

 

 

 

 

Blog prowadzi: Daniel Trzciński

Praca w domu to czasem piekło! Jeśli często odczuwasz to samo to dobrze trafiłeś(aś) – wspólnie poskromimy tego demona.