Przepis na… szczęście

Obudziłem się z dzisiaj z pozytywnym nastawieniem na nowy dzień, ból przypomina mi o tym, że żyję, kawa sprawia błogie zadowolenie. W mojej głowie brzmi pytanie – jaki jest przepis na szczęście i sukces?

Dotarło do mnie, że nie znam takiego przepisu, ale wiem że próba zadowolenia wszystkich wokoło to świetny przepis na porażkę.
Pomyślcie o tym chwilę, jesteśmy szczęśliwi dopiero jak jesteśmy sobą, robimy coś dla siebie – żyjemy dla siebie.

Mam bardzo rozwinięty zmysł empatii, potrafię momentalnie wczuć się w sytuację mojego rozmówcy, przeżywać razem z nim smutki i radości. Czasem nawet pomóc, pod warunkiem, że słucha. Przez ponad połowę mojego życia starałem się, żeby wszyscy byli szczęśliwi. W tym całym pędzie zapomniałem… o sobie.

Zacząłem nosić maski, robiłem to samoistnie nawet nie zdając sobie z tego sprawy. Pamiętam jak trafiłem kiedyś w środowisko, w którym trzeba było być twardzielem – pstryk! i byłem, udawałem na prawdę dobrze – rola oskarowa normalnie. Szkoda, że potem z trudem patrzyłem sobie w oczy.

Związki, znajomości – to samo, byłem właśnie tym, kogo w danym momencie potrzebowali, dawałem z siebie wysysać optymizm jak lemoniadę. Dopiero wieczorem zbierając myśli docierało do mnie, że coś jest nie w porządku, że czuję się jak po 12 godzinach w kamieniołomach. To ciężka praca przyjmować, słuchać i kolekcjonować uczucia.

Tak, mój pałac pamięci jest zbudowany z uczuć, potrafię zapamiętać absolutnie wszystko, pod warunkiem, że przypisana jest do tego emocja – radość, smutek obojętnie. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że wystarczy rzucić czasami jakimś hasłem a ja już znam dowcip na ten temat.
To moi drodzy, mój mechanizm obronny, dowcipy to flanki mojego pałacu pamięci.

Jeżeli ktokolwiek opowiada mi coś traumatycznego, niestety jestem skazany na zapamiętanie tego do końca życia. Będę pamiętał w co byłem ubrany, jak pachniało powietrze, co widziałem, gdzie byłem i najgorsze – jak się poczułem słysząc tą informację.

Ostatnio usłyszałem, że psychologowie i coache uczą się metod wyrzucania pewnych rzeczy z pamięci – muszę się tego nauczyć! Bo inaczej nigdy nie będę do końca szczęśliwy. Ostatnie wydarzenia spowodowały, że osłabłem psychicznie a mury chroniące moje zdrowie psychiczne zostały mocno nadkruszone. Może kiedyś napiszę o walce o mój pałac, jaką stoczyłem z samym sobą, ale jeszcze nie jestem gotowy.

Wiem jedno – zgubiłem gdzieś po drodze mojego wewnętrznego egoistę – wiem, że to słowo kojarzy się z czymś złym, nie chodzi mi o to, żeby nie wesprzeć kogoś, nie pomóc – chodzi o to, żeby nie zakładać maski, móc mówić co mam na myśli, bez zastanawiania się, co poczuje dana osoba po wypowiedzeniu tych słów. Chcę móc krzyczeć kiedy jestem zły, śpiewać kiedy szczęśliwy, nie chcę się zastanawiać jak odbierają mnie inni.

Poczucie bycia sobą a nie wiecznym aktorem, to mój cel – przychodzi mi to z wielkim trudem. Na szczęście spotkałem na swojej drodze ludzi, którzy pomagają mi przełamać moje „złe” nawyki. Z wielkim trudem piszę te słowa, bo w głowie zastanawiam się już co poczują moi bliscy czytając ale …

Mam nadzieję, że polubicie mnie takiego, jaki jestem a nie takiego, którym chcielibyście mnie widzieć.

 

Blog prowadzi: Daniel Trzciński

Praca w domu to czasem piekło! Jeśli często odczuwasz to samo to dobrze trafiłeś(aś) – wspólnie poskromimy tego demona.