Motocykl, Motocykliści i wielkie serce.

Nieraz i nie dwa słyszy się jak ludzie mówią widząc motocyklistę – „O! Dawca!”.

Generalnie to prawda, choć nie w takim znaczeniu jak myślą ci, którzy wypowiadają te słowa. Bycie motocyklistą, to coś więcej niż bycie posiadaczem dwóch kółek.

Przede wszystkim pasja do wolności, szumu wiatru i ryku silnika. Słowa „Lewa w Górę” mają więcej znaczenia niż się wszystkim wydaje – my nie machamy ot tak sobie, my stanowimy społeczność, społeczność o wielkim sercu!

03.06.17 na warszawskim Brudnie Ogólnopolska Akcja Krwiodawstwa MOTOSERCE organizowana przez kluby motocyklowe zrzeszone w Kongresie Polskich Klubów Motocyklowych zorganizowała event, który miał na celu zebranie jak największej ilości krwi.

To, nie jest tak, że zbierana krew jest tylko dla motocyklistów, to krew dla wszystkich potrzebujących, nawet dla wrednego kierowcy, który zajeżdża nam drogę, wygraża nam pięścią itd. Tak, nawet dla niego motocykliści dali sobie utoczyć krwi. Pamiętajcie proszę o tym widząc czasem wytatuowanych wielkich z pozoru groźnych motocyklistów i tych, którzy na trasie przeciskają się obok ciebie w korkach – to dzięki nim są organizowane takie akcje, które mogą uratować Twoje życie lub twoich bliskich.

Oczywiście na akcji nie zabrakło też innych atrakcji, były pokazy ratownictwa medycznego, symulacje wypadków i konkursy. Formuła eventu spowodowała, że do parku brudnowskiego przybywali starzy, młodzi i dzieci – super sobota, połączona z czymś dobrym.

O samej imprezie dowiedziałem się z Facebooka, długo się nie zastanawiając około godziny 12 wskoczyłem na moją „Bestyjkę” i ruszyłem. Do końca nie wiedziałem jak wjechać do parku i krążyłem dookoła w trybie patrolowym. Znalazłem wjazd, ale okazało się, że jeden z klubów blokuje wjazd tą stroną, ponieważ tam właśnie stały specjalnie przygotowane autobusy PCK. Pozdrowiliśmy się z kolegami i pojechałem szukać innego wjazdu. Za zakrętem doszedł mnie ryk silników i zobaczyłem grupę 8 motocykli, szukających wjazdu na imprezę. Do grupy dojechał jeszcze jeden kolega i było nas już dziesięciu.

Bokiem przez parking udało nam się wjechać do parku, wszystko oczywiście za zgodą władz. Okazało się, że grupa do której dołączyliśmy to Praetorians, po mimo braku barw klubowych nikt nie miał problem, żeby zaparkować obok ich maszyn, przywitaliśmy się, schowałem do kufra kask i pomaszerowałem, żeby utoczyć sobie krwi. 0,5 litra to niewielka cena za być może uratowanie komuś życia.

Kolejki do autobusów były olbrzymie, ale nikt nie marudził i podczas oczekiwania na swoją kolej miałem okazję poznać innych motocyklistów (i nie tylko) o wielkich sercach. Tak się złożyło, że w kolejce ze mną byli ludzie z Łódzkiego klubu DARK SQUADRON, którzy tryskali humorem (pozdrawiam Darka i Cezarego), którzy wytrwale czekali razem ze mną ponad 2 godziny, żeby oddać krew.

To była najdłuższa kolejka, w jakiej przyszło mi stać od wielu, wielu lat. W końcu udało się wejść do autobusu, tam już tylko formalności i po przejściu weryfikacji – na fotelik. Panie były super miłe i delikatne, na ręce została tylko malutka kropeczka, siniaka brak!  Dziewczyny spisały się na medal.

Sama procedura pobierania krwi trwała jakieś 10 min. I po odebraniu zestawu regeneracyjnego można było opuścić autobus. Zaraz potem podbiegł do mnie wielki brodaty gość, który wręczył mi kupon konkursowy i wysłał do stoiska organizatorów.

Po zarejestrowaniu kuponu, organizatorzy wręczyli mi koszulkę potwierdzającą udział w akcji MOTOSERCE i kilka gadżetów. Koszulka przyda się na kolejne udziały w tym szczytnym evencie, będę ją nosił z dumą.

Postanowiłem, że będę częściej interesował się takimi wydarzeniami i brał udział w różnego rodzaju akcjach charytatywnych organizowanych przez motocyklistów. Niestety jestem zbyt zapracowany aby dołączyć do jakiegoś klubu motocyklowego, ale kto wie, może kiedyś.

Na koniec tylko wspomnę o rozmowie z Markusem – weteranem szos. Markus to szczery i otwarty człowiek, który z dumą nosi rozpoznawalną kamizelkę z barwami klubowymi Praetorians, niestety przez przebyte choroby, nie może już więcej wspierać nas swoją krwią, ale jego postawa jest godna naśladowania. Kilka lat temu miał udar ale dzięki pomocy braci motocyklistów, którzy znaleźli mu odpowiednią opiekę lekarską – wybrnął z tego i znów można go zobaczyć na polskich drogach – SZACUN!  Mam nadzieję, że w jego wieku, dalej będę pokonywał kilometry na dwóch kółkach z takim zapałem jak on!

Pamiętajcie Lewa w Górę! Do zobaczenia na trasie!

 

Blog prowadzi: Daniel Trzciński
Praca w domu to czasem piekło! Jeśli często odczuwasz to samo to dobrze trafiłeś(aś) – wspólnie poskromimy tego demona.