Mój Pierwszy Wyjazd cz.1

Brzmi jak pierwszy raz i prawie tak jest, dlatego postanowiłem opowiedzieć jak to wygląda. Z pozoru proste jak …, ale można się zdziwić.

Pakowanie

WOW! Wyjazd na 4 dni, to prawie jak wyjazd na wakacje! …. Przynajmniej tak to sobie wyobrażałem. Przecież znajdę czas na zwiedzanie w każdej miejscowości, może jeszcze znajdę czas na aktywność sportową. Wyprasowałem 4 koszule, garnitur, do walizki wrzuciłem obuwie sportowe i dresy, cztery T-shirt’y , bielizna, książka, spodnie na wieczór, kolejna para butów, kąpielówki, czepek, okulary do pływania i kosmetyczka. Zamykając ledwo domykającą się walizkę, pomyślałem, że następnym razem kupię sobie większą walizkę i będzie po problemie. W końcu jadę samochodem i wszystko się zmieści, nawet jak się nie przyda.

Dźwigając walizkę, laptopa i  torbę z koszulami z czwartego piętra już czułem się niekomfortowo… ale to był dopiero początek. Wpadam do hotelu, w pewnej małej miejscowości, godzina 20, załatwiam formalności w recepcji i let’s go do pokoju. Pokoik na 4 piętrze, bez windy, prawie się nie zabiłem na schodach z trzydziesto-paro kilogramową walizką, garniakiem i lapkiem. Usiadłem na łóżku, żeby złapać oddech i zabrałem się do rozwieszania koszul i przypomniałem sobie, że jeszcze nic nie jadłem… w myśl zasady, że jeden problem na raz – wybrałem się czym prędzej do restauracji na obiado-kolację. Uff, najedzony wróciłem do pokoju, odpisałem na maile i zdecydowałem, że 24 to najwyższa pora na kąpiel i spanie. Dzięki temu, że się w pełni nie rozpakowałem zaoszczędziłem czasu na pakowanie. Jeszcze tylko wskoczenie w garniak i w drogę. Siłowanie się ze wszystkimi gratami na schodach potraktowałem jako obiecaną sobie aktywność fizyczną – jak to mówią: „na bezrybiu i rak ryba” ;).

Next hotel – podobnie godz. 19:00 o 19:30 byłem umówiony z klientem na kolację, żeby omówić szczegóły naszego projektu, zdążyłem wrzucić graty, ubrać się trochę luźniej i trzeba było wychodzić. Wróciłem o pierwszej w nocy, w stanie mocno wskazującym, ale znalazłem w sobie moc, żeby się wykąpać i do wyra. Rano panika, prasowanie koszuli, śniadanie i wyjazd – HA! Nie musiałem dużo pakować, bo się nawet do końca nie rozpakowałem! Dzień 3 nie należał do najszczęśliwszych, na jednej z dróg zdarzył się śmiertelny wypadek i utkwiłem w korku na parę ładnych godzin, głodny i zły dotarłem do hotelu o dwunastej w nocy… Zebrałem graty i powlokłem się do hotelu. Tam wypakowałem tylko świeżą bieliznę i nową koszulę, a potem nastąpiło odcięcie i oto nastał nowy dzień –  Hurrrrraaaaa, ostatnie wizyty i do chaty – faktycznie spotkania szybko zleciały,  potem jeszcze raz do hotelu odzyskać zostawione w pośpiechu kosmetyczkę i ładowarkę do laptopa i do DOMKU! Pod domem pojawiłem się późnym wieczorem, otworzyłem bagażnik i zmęczony jak wół zebrałem klamoty i powlokłem się do domu. Jak już wspominałem, mieszkam na 4 piętrze, bez windy – w okolicach drugiego piętra miałem ochotę zrzucić walizkę na sam dół zadając sobie pytanie co tam, do cholery jest takiego ciężkiego…. Podsumowując, nic nie zwiedzałem (no poza knajpą), nie biegałem, nie pływałem, nie czytałem, nie miałem czasu poćwiczyć

– fuck ! NIGDY WIĘCEJ! Żadnych zbędnych klamotów, które ważą tonę i nigdy nie są wyjęte z walizki!!!

Blog prowadzi: Daniel Trzciński

Praca w domu to czasem piekło! Jeśli często odczuwasz to samo to dobrze trafiłeś(aś) – wspólnie poskromimy tego demona.