Koniec błogiego lenistwa

No i nastąpił koniec, koniec błogiego urlopu i … no nie wiem czy do końca lenistwa. To był dość pracowity urlop. Dużo celów, ambitne postanowienia i zmiana nawyków.

Pójście na urlop wiązało się z dużym stresem, tak! Jestem jedną z tych osób, które nie umieją planować urlopów i wypoczynku… Życie tak się toczyło, że zawsze był to dla mnie problem. Z zazdrością zawsze oglądałem wakacyjne zdjęcia znajomych, którzy byli jak w tej piosence Rio, Bajo i Hawajo 🙂
Ja tak nie umiem, jak się dobrze zastanowię… to nigdy nie umiałem.

Czemu? Bo życie nie jest kolorowe, zawsze była praca, odkąd pamiętam – praca. Mam do niej duży szacunek, nie pochodzę z bogatej rodziny, już jako nastolatek każde wakacje spędzałem na budowach, malując ogrodzenia, czyszcząc sprzęt, malując posadzki… Pewnie pomyślicie, że to fajnie, że zbierałem na wakacje – NIE, to nie były pieniądze na wakacje – to były pieniądze na nową kurtkę lub buty, tak aby we wrześniu mieć co założyć do szkoły.

Nigdy się nie przelewało, więc brałem sprawy w swoje ręce i brałem każdą robotę jaka mi wpadła w ręce. Do rzeczy – tak mi zostało, bardzo ciężko mi się wyrwać na prawdziwe wakacje. Nie powiem, bo marzę o takich prawdziwych wakacjach pod palmami, na nartach itd. Zawsze trafi się coś, a to projekt, a to nowy klient lub pilny przetarg.

Może powinienem udać się do specjalisty z tym problemem, bo zdaję sobie sprawę z jego istnienia. Nie potrafię do końca zostawić pracy po pracy. Codziennie budzę się w … pracy i zasypiam w pracy, ale tak jest raptem od 4 lat. Wcześniej przecież jeździłem do biura. Jeszcze wcześniej pracowałem w koncernie. Zawsze prace stawiałem na pierwszym miejscu, przed samym sobą, przyjaciółmi i rodziną. Praca, praca i jeszcze raz praca.

W tym roku postanowiłem zrobić coś dla siebie, uparłem się, że zrobię sobie przerwę, choć by się paliło i waliło. Ledwo się wyrobiłem, pisałem już o tym. Plan był ambitny, podróż motocyklem po Polsce. Zadziałało prawo Murphy’ego, motocykl się zepsuł, pogoda się spieprzyła no i pojawiły się nieprzewidziane wydatki. Wszystko to mnie nie zraziło, zaplanowałem wolne, więc będę odpoczywał.

Braku kreatywności nie można mi zarzucić, postanowiłem zrobić coś, o czym marzyłem od dawna, było to marzenie opatrzone słynną naklejką „… dobra, jutro…”. Postanowiłem, że całe 3 tygodnie (tak, tym razem postanowiłem zrobić dłuuuugi urlop) poświęcę, na coś, co blokowało moje ambicje o powrocie do starej wysportowanej sylwetki – „zakwasy”!

Wiecie co? Udało się, trenowałem jak szalony – rower, bieganie, basen i treningi siłowe. Pogoda czy nie, byłem aktywny. Wymyśliłem nawet system domowy. Zanim weźmiesz coś z lodówki – 20 pompek, wejście po schodach to samo. Dla tych, co nie mogą robić pompek – proponuję przysiady, też fajne. Przez pierwszy tydzień jeszcze odbierałem telefony z pracy, odpisywałem na maile i trenowałem.

Drugi tydzień zaczął się fantastycznie, rozładował mi się służbowy telefon i w ramach terapii urlopowej stwierdziłem, że nie będę go ładował. Mój szef ma kontakt do mnie na prywatną komórkę, więc wiedziałem, że jeżeli będzie krytyczna sytuacja, na pewno się ze mną skontaktuje. Jestem mu wdzięczny, że tego nie zrobił.

Trzeci tydzień, minął jak pstryknięcie palcem, myślami sięgałem już do pozostawionych projektów, terminów i zadań służbowych. Treningi pozwalały mi na zajęcie myśli, ale zaczynałem się martwić, nie powiem nawet brakiem telefonu od szefa. Wiem, że to chore ale miałem złe przeczucia. W ostatni weekend przed powrotem do pracy zżerał mnie stres.

Znacie to? Te uczucie niepokoju, które przewraca wam żołądek do góry nogami? Tak właśnie się czułem, coś mnie ściskało. Już w poniedziałek, po otworzeniu służbowego komputera i otworzeniu poczty zapadłem się w sobie. Masakra, tyle tego było… Nawet nie wiedziałem od czego zacząć. Wiedziałem, że najpilniejszy jest przetarg, który rozpoczął się dwa dni przed moim wyjściem na urlop. Zacząłem od tego. żmudnie przedzierając się przez papiery stresowałem się jeszcze bardziej. Przy kawie nadrabiałem korespondencję i oznaczałem flagą ważniejsze wiadomości.

Na koniec pierwszego tygodnia pracy dodatkowo jeszcze mieliśmy bardzo ważne spotkanie, z jednym z naszych najważniejszych klientów – w celu podsumowania naszych działań. Już prawie koniec tygodnia a ja się czułem jak … przed urlopem. Byłem wściekły, że wszystkie tematy grzecznie na mnie poczekały, spiętrzyły się i teraz kopały mnie po dupie. Myślałem o tym, że już chyba lepiej byłoby wcale nie iść na ten urlop i mieć święty spokój.
Jedna rzecz nie dawała mi spokoju – co do cholery się ze mną dzieje, przecież ja taki nie jestem.

Zazwyczaj jestem oazą spokoju, skałą, dla której nie ma rzeczy niemożliwych, niepoprawnym optymistą, który nawet na cmentarzu widzi same plusy 🙂
Zacząłem podejrzewać, że problem może znajdować się zupełnie gdzie indziej. Wracając ze spotkania zatrzymałem się na stacji benzynowej, zamówiłem olbrzymią kawę, którą tym razem posłodziłem i dosypałem cynamonu. Kupiłem sobie Grześka i miło porozmawiałem z ekspedientką. Po 10 minutach, stres zaczął ustępować, zacząłem funkcjonować jak dawniej….

Cukier! Tak, właśnie cukier mi spadł do jakiegoś absurdalnego poziomu! Moja dieta polega na wyeliminowaniu cukrów z mojego menu.
Nie słodzę już od dawna, nie dodaję cukru do niczego, słodycze poszły w odstawkę i oto efekt, zestresowany gość po trzy-tygodniowym urlopie. Absurd co?
Uważajcie podczas takich wyzwań, może schudniecie ale może się to odbić na waszym zdrowiu psychicznym.  Nie powiem, jestem bardzo zadowolony z efektów mojej pracy nad sobą, ale muszę strasznie uważać.

W piątek świat znów był kolorowy a ja miałem siłę na załatwienie praktycznie każdego z problemów, nagle wszystko zaczęło wydawać się proste. Nienawidzę tego uczucia bezsilności, przynajmniej wiem już, jak sobie z tym radzić :).  Już wkrótce podzielę się z wami wynikami mojej pracy nad sobą. Fajnie, że mam w okół siebie ultra pozytywnych ludzi, których grono stale się powiększa i dopingują mnie w moich działaniach – bardzo wam dziękuję!!!

Podsumowując – wróciłem, szczuplejszy pełen wigoru i wiary w ludzi i przyszłość. Obiecałem sobie, że następny urlop będzie, dokładnie taki jak sobie wymarzyłem. Motocykl niebawem będzie już sprawny i może jeszcze uda się zrobić kilka kilometrów podczas naszej pięknej złotej jesieni. Życie jest piękne 🙂

Blog prowadzi: Daniel Trzciński

Praca w domu to czasem piekło! Jeśli często odczuwasz to samo to dobrze trafiłeś(aś) – wspólnie poskromimy tego demona.