Gitarą i Piórem

Czy słyszeliście kiedyś o festiwalu poezji śpiewanej pt.”Gitarą i Piórem? Nie? To posłuchajcie…

Festiwal odbywa się już od wielu lat w górskiej miejscowości Borowice, początki festiwalu to rok 1989r. – to było tak na prawdę spotkanie przyjaciół a nie festiwal muzyczny. Cudowne miejsce w cieniu Karkonoszy, w którym każdy mógł wyjść na scenę i zagrać dla … no właśnie, przyjaciół. Scena zbita z desek, nieprofesjonalne nagłośnienie – to były czasy. W tegorocznej edycji miałem przyjemność spotkać wspaniałych ludzi, którzy brali udział w pierwszych edycjach.

Dla mnie Borowice są czymś bardzo wyjątkowym, budzącym wspomnienia o cudownych latach młodości. Na moją pierwszą imprezę zabrał mnie mój przyjaciel Maciek. Miałem wtedy 14 lat, nawet się nie spodziewałem jaki impakt będzie miało te miejsce na mnie i moich przyjaciół. Pamiętam jak leżąc na trawie i patrząc w gwiazdy śpiewałem razem z Wolną Grupą Bukowiną kultową już „Sielanka do domu”.

„A jeśli dom będę miał, to będzie bukowy koniecznie, pachnący i słoneczny….” 

Tak właśnie zapamiętałem mój pierwszy festiwal, przytulonych ludzi, śpiewających z artystami, łączących się razem przy ogniskach, i nawet w nocy kontynuując koncertowanie.

Gitarą i piórem zagościło na dobre w moim kalendarium imprez, na którym musiałem koniecznie być. Oczywiście ciągnąłem tam moich przyjaciół i znajomych. Jak tylko mój młodszy brat podrósł na tyle, że mógł jechać ze mną, również stał się stałym bywalcem w Borowicach. Organizowaliśmy tam „zloty” ludzi, z którymi łączyliśmy wspólne pasje. Gościliśmy na scenie i byliśmy z niej niejednokrotnie pozdrawiani – prawdziwy fanklub.

Mój brat Piotr wkręcił się w tą imprezę jeszcze bardziej niż ja, stał się prawdziwym kierownikiem imprezy poza sceną. Kiedyś też miał swoje pięć minut na samej scenie, ale nie śpiewał tylko pozdrowił ekipę i opowiedział dowcip dla publiczności :).

Mijały lata, a na imprezę zaczęły być zapraszane mniejsze i większe gwiazdy, formuła imprezy zaczęła się zmieniać, a nawet została przeniesiona do Karpacza. Na szczęście, festiwal nie stracił swoich fanów, jedynie stracił swoją nazwę z Gitarą i Piórem zostało Gitarą i…

Szczerze, to ani razu nie byłem na imprezie organizowanej w Karpaczu, za to do Borowic wrócę zawsze. Tak właśnie było w tym roku.

Zaczęło się od luźnych rozmów na temat zorganizowania jakiejś imprezy, no i od razu przyszło nam do głowy – Borowice! Niestety większość ludzi jest zabiegana lub zbyt leniwa i wygodna, żeby wybrać się pod namiot. Na szczęście znalazło się trzech chętnych – ja, mój brat i mój przyjaciel Karol. Postanowiliśmy, że co by się nie działo – jedziemy. Ja z okolic Wa-wy, Karol z Katowic, tylko Piotrek z Cieplic.

Organizacje ze względów logistycznych wziął na siebie mój brat, ja miałem zgarnąć Karola z Katowic i dotrzeć na czas. Piotrek miał dotrzeć i zarezerwować miejsca. Na trasie dostawaliśmy kolejne meldunki o postępach. – Ok. już mamy miejsca namiotowe, załatwiam ognisko bo ponoć w tym roku nie można! – Meldował Piotr. Następny meldunek brzmiał: – Kupcie więcej kiełbasy na ognicho, ja załatwiam metr drzewa i 30 wiejskich jaj! Kolejny meldunek brzmiał: – ok, jest ekipa z gitarami, fajni ludzie zebrani, przybywajcie!

Cały mój brat… Obudził się w nim kierownik imprezy no i jak już dotarliśmy, to na drodze powitała nas ekipa nowych znajomych, którzy pomogli się wypakować z auta. Powiem tak: WOW! Ognicho już płonęło, a nasz obóz wyglądał jak mini osada.  Busem Roberta odgrodzona została droga, od drugiej strony mieliśmy wóz strażacki (w razie jak by co 😉 ) no i w miejscu centralnym wielkie ognicho! Jedyne na polu namiotowym! A wszystkiego pilnował jeszcze Bruno – śliczny Labrador, który od czasu do czasu ostrzegał nas o gościach szczekaniem!

Ekipa, którą zgromadził Piotr – najlepsza z najlepszych, towarzystwo z Wrocławia, Bydgoszczy, Katowic… generalnie z całej Polski. Wiek, zawód i inne czynniki nie miały znaczenia. Razem piliśmy, jedliśmy i śpiewaliśmy i rozmawialiśmy na przeróżne tematy. Nie odnotowaliśmy nawet pojedynczego przypadku, w którym mogło by się zrobić niemiło. Zabawa trwała dwa dni, i pomimo mroźnych nocy, przelotnych burz i nawet gradu nie ściągała uśmiechu z naszych twarzy. W miejscu ogniska, w pewnym momencie było wody tak do łydki. Wodę wybraliśmy patelnią i do przodu!

Piotrek przygotował też dla nas specjalne atrakcje kulinarne, specjalnie na tą imprezę zespawał podstawkę pod patelnię, która też była przygotowana specjalnie do smażenia jajecznicy na ognisku.

Na obiad zaplanowany był kociołek Panoramixa – mięsiwo, warzywa zalane winem i wrzucone do ogniska. Tu film z przygotowania:

W drugi dzień udało nam się finalnie nastroić gitarę i muzyka rozgościła w naszym obozie aż do piątej nad ranem. Śpiewali wszyscy, nawet strażacy – to był prawdziwy duch Borowic, wszyscy super się bawili.

Nastał niedzielny poranek i niestety trzeba było się pakować, kawa była  na wagę złota ;), szykowaliśmy się do powrotu. Na pewno z wieloma z was będę nadal utrzymywał kontakt i liczę na to samo, w takich miejscach właśnie poznaje się wartościowych ludzi z pasją.

Dziękuję za niesamowite dwa dni i do zobaczenia!

Dodatkowa relacja u Karola na blogu http://kosapopatelni.pl/gitara-nozem-czyli-reset-od-myslenia-gotowania/

Karol! Dzięki za wspólne biwakowanie 😀 Następnym razem Ty pilnujesz kociołka Panoramixa ;D

na koniec tylko dla wtajemniczonych, hit imprezy:

Blog prowadzi: Daniel Trzciński
Praca w domu to czasem piekło! Jeśli często odczuwasz to samo to dobrze trafiłeś(aś) – wspólnie poskromimy tego demona.