Czarny kot cz.2

  Czarny Kotek, pomimo bardzo złych prognoz dożył rana, kolejne dni były również walką, ale napawała nas ona optymizmem. Niestety, to nie był koniec jego perypetii. Czarny kot cz.2, to kontynuacja opowieści o czarnym pechowcu.

Krwotok z nosa, pomału ustawał, Sasza zaczął jeść i nawet poruszać się po domu w asyście brata i pod okiem Ferdzi. Niestety szybko okazało się, że razem z kociakami do domu przywędrował świerzb … no i dodatkowo trzeba było opanować epidemię. To był długotrwały proces, ale niebezpieczeństwo związane z utratą życia, przez domowników było zażegnane.

Kociaki rosły, rozrabiały, zrywały firany i bawiły się w najlepsze. Do czasu. Czasu, w którym należało kociaki wykastrować, aby uniknąć efektów dorastania kocura w domu. Muszę nadmienić, że koty nie są wychodzące i w związku z tym zabieg był bardziej, niż konieczny. Bobik przeszedł przez proces kastracji bezproblemowo ale Sasza… No cóż, pech ciągnący się za Saszą znowu dał znać o sobie.

Zanim zacznę – chciałem zaznaczyć, że to moje pierwsze kocury i nie miałem wcześniej tak bogatej wiedzy z zakresu behawiorystki zwierząt i wiedzy o ich anatomii.

Od weterynarza usłyszeliśmy, że Sasza miał tylko jedno jądro i on je usunął, na pytanie – co z drugim? – Usłyszeliśmy – spokojnie, drugie się „wchłonie”. Co za bzdura, większej nie słyszałem, ale wtedy nie miałem żadnych powodów, żeby wątpić w słowa lekarza weterynarii. Kociaki szybko wydobrzały po zabiegu i dalej dokazywały w domu.

Niedługo po tym, zaczęły się dziać dziwne rzeczy, Sasza zaczął „śpiewać”, napastować inne koty – to jeszcze nie było takie straszne, myśleliśmy, że chodzi o walkę o miejsce w stadzie… Pewnego dnia po zejściu do salonu ostry, nieprzyjemny zapach dał nam niezbity dowód na to, że pozostawione do „wchłonięcia” jądro, się nie wchłonęło …

To był jakiś koszmar, Sasza atakował inne koty i znaczył teren na potęgę. Zdecydowaliśmy się wizytę u innego specjalisty, który wyśmiał kolegę z branży i wyjaśnił nam co jest przyczyną dziwnego zachowania Saszy. Diagnoza – „jądro wnętrowskie”, kotu trzeba było zrobić USG, zlokalizować i usunąć.

Brzmi prosto, ale nie jest – to poważna operacja, kolejna narkoza (nie wiem, czy wiecie ale zwierzak z KAŻDEJ może się nie obudzić), dodatkowo nie działa to tak, że usuwamy źródło problemu i już. Po operacji kot potrzebował czasu aby hormony przestały rządzić jego zachowaniem. Dla bezpieczeństwa innych zwierząt musieliśmy odurzać Saszę lekami psychotropowymi, po których chodził jak pijany.

On się męczył i my się męczyliśmy. Szczerze, to nie pamiętam ile trwała rekonwalescencja Saszy, ale to był straszny okres, dla nas i naszego pechowca. On wiecznie naćpany a my wiecznie ze środkami czystości na podorędzi i latarką z ultrafioletem. Smród długo jeszcze się  unosił po domu, dopiero generalny remont, masa środków chemicznych przywróciła nasz dom do normalności.

Idylla trwała aż do następnego wypadku, którego głównym bohaterem, jak się domyślacie był nie kto inny jak Czarny kotek Sasza…

CDN.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Blog prowadzi: Daniel Trzciński

Praca w domu to czasem piekło! Jeśli często odczuwasz to samo to dobrze trafiłeś(aś) – wspólnie poskromimy tego demona.