Czarny Kot cz.1

Wszyscy bredzą, że czarny kot przynosi pecha…, czy pomyślał ktoś, że on sam może mieć pecha? I to przez duże „P”

Chciałem wam opowiedzieć o Saszy, moim kocurze, który zamiast przynosić innym pecha choć jest czarnym kotem, sam bierze wszystko na siebie. Zaczęło się już w czasie, kiedy był malutkim kociątkiem. Posłuchajcie: 

Urodził się na pewnym złomowisku, niestety z całego miotu został tylko on i jego braciszek. Matka musiała się wybrać na polowanie i zdarzyło się nieszczęście – nie wróciła. Maluchy tak głośno miauczały, że zwróciły na siebie uwagę stróża. Na całe szczęście, był to człowiek o złotym sercu i niezastanawiając się postanowił uratować kociaki. Zaprzyjaźniony weterynarz pomógł ile mógł – oczywiście pro bono. Znajomi stróża pomogli mu zamieścić ogłoszenie w internecie o ślicznym czarnym kociaku, który potrzebuje opieki.

Nie będę ukrywał, że na zdjęciu kotek wyglądał jak siedem nieszczęść, ale było coś co złapało mnie za serce. Ogłoszenie było szczere do bólu, co sprawiło, że jeden telefon i wieczorem byliśmy umówieni na spotkanie. Drzwi otworzył miły pan, który zaprosił do środka i zaczął opowiadać całą historię od początku.

Potem przyniósł zawiniętego w ręczniczek małego pechowca. Malutki ledwo widział na oczy a w okolicach noska miał zaschniętą krew.

– wiecie państwo chyba nic z niego nie będzie, lekarz powiedział, że stan jest bardzo ciężki. – Przyznał poważnym głosem. Nawet to nie zniechęciło mnie nawet na sekundę. Zawsze kochałem koty a koty kochały mnie, w tym mieszkaniu byli już inni mieszkańcy, którzy kolejno przychodzili się przywitać, co zaskoczyło nawet gospodarza, bo jak przyznał – one tego nigdy nie robią.

Muszę przyznać, że ten człowiek zrobił na mnie piorunujące wrażenie, sam sobie od ust odejmował, żeby pomóc zwierzętom, a mimo to przygotował dla kotka skromną ale zawsze „wyprawkę”, przyjęliśmy tylko mały ręczniczek na którym spał, tak żeby miał przy sobie znajomy zapach.

Już mieliśmy wychodzić i … z drugiego pokoju wyleciała mała prawie cała biała puchata kulka, która goniła jakiś papierek. Rozbawił mnie do łez, jak walczył z kulką papieru prawie swojej wielkości. – Ale fajny! – powiedziałem. – To brat tego czarnego, ma połamany ogon ale to twardziel. – przyznał gospodarz. Coś mnie zakuło w sercu, ale podziękowaliśmy i zabraliśmy sierotę czarnego do nowego domu.

Gdy już dojeżdżaliśmy do domu, coś we mnie zaczęło pękać i powiedziałem, że ten biały też fajowski, no i brat tego naszego zdechlaczka. W tym momencie było postanowione, że i po niego wrócę – natychmiast wykonałem telefon i przekazałem dobrą wiadomość właścicielowi.

Ciężko przychodziło nazwanie kociaka, który oddychał ciężko i od czasu do czasu kichał krwią z noska, dlatego odłożyliśmy to na dalszy plan, najpierw trzeba było go doprowadzić do zdrowia. Kotek był bardzo osowiały, zaszył się w kąciku domku dla kotów i nie wychodził z niego, słychać było tylko jego ciężki oddech. Wskoczyłem do samochodu i pojechałem do sklepu zoologicznego po spory zapas karmy, środków czystości i pojechałem znowu do „Pana od kotka”.

Nie chciał przyjąć podarków i sam jeszcze próbował mi wcisnąć jakieś jedzenie dla białej, dziarskiej puchatej kulki, jedyne o co poprosiłem to o tą kulkę, którą się bawił. Z prędkością światła ruszyliśmy do domu – na „sygnale” bo mały darł się przez całą drogę jak by go ze skóry obdzierali. Pamiętajcie proszę, że mówimy tu o dzikich kotach, malutkich ale dzikich – totalnie nieudomowionych.

Gdy puściłem małego harpagana do pokoju, od razu pobiegł do boksu, gdzie leżał zwinięty Sasza/Edi (nie mogłem się zdecydować)  i przytulił się do niego, nawet teraz jak o tym pomyślę, to coś mnie ściska w środku. Czarnuszek, tak jak by odżył i wtulił się w brata. I tak o to do mnie trafili Sasza i Bobiś.  Tuż obok przyglądała im się moja kotka – Ferdzia, która jak się później okazało zaczęła im matkować.

Całą noc spędziłem nasłuchując oddechu malucha, słuchając krwawych kichnięć i sprawdzając czy żyje. Był nawet moment, kiedy wziąłem go na ręce i poszedłem z nim najpierw do łazienki, żeby odetkać mu nosek, a potem do wszedłem do sypialni i ze łzami w oczach, powiedziałem

– nie wiem czy on dożyje rana…

CDN…

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Blog prowadzi: Daniel Trzciński

Praca w domu to czasem piekło! Jeśli często odczuwasz to samo to dobrze trafiłeś(aś) – wspólnie poskromimy tego demona.