Biere się

Nastał czas, żeby spojrzeć prawdzie w oczy 🙂 „Biere się” za siebie. Tak się jakoś złożyło, że przez większość życia miałem duuuużo aktywności i nienaganną sylwetkę, niestety… praca w dziwnych godzinach, jedzenie przy autostradach, lenistwo… sprawiły, że szlag trafił moją sylwetkę. Nie ma co marudzić, tylko trzeba się brać za siebie – ponoć nigdy nie jest za późno.

Wszystkim tym, którzy uważają, że mi to nie grozi, chciałem powiedzieć, że byłem jednym z was ;). Dawniej, siłownia, sztuki walki, kosz z przyjaciółmi teraz, praca, dom, praca, hotel itd. I efekty widoczne gołym okiem. Stajesz na wagę a tam … nr. gadu-gadu
zaraz, zaraz to nie tak miało wyglądać, zawsze miałem być piękny, młody i wysportowany.

Moje szczęście, że jestem wysoki i jakoś się te kg rozłożyły na ciele, różnie można na to patrzeć, bo gdybym był niższy, to pewnie zacząłbym proces przemiany dużo szybciej, a tak mogłem unikać tematu stając przed lustrem i mówić – eeee stary nie jest tak źle… jak wciągnę brzuch…
Treningi planowałem zawsze w najlepszym możliwym terminie… – od jutra!  Dowcipkowanie – po co mi kaloryfer jak mogę mieć bojler 😀

Stalowe kiedyś mięśnie, już nie mają sprężystości, szybkość diabli wzięli kondycja woła o ratunek! Do tego wszechogarniające zmęczenie…
Z dawnej sylwetki zostały tylko szerokie bary, przypominające, że było nieźle 😉

Nie, nie i jeszcze raz nie! Pamiętam, jak kiedyś na 40 urodzinach dyr. firmy, w której pracowałem załatwiłem mu w prezencie koszulkę z autografem Michalczewskiego, musiał się przy nas w nią przebrać. Wow! facet miał wyrzeźbione ciało jak diabli. Kolega spytał go wtedy – co trzeba zrobić, żeby tak wyglądać? – Trzeba mieć 40 lat… -tak brzmiała odpowiedź.

No więc tak, trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i spisać wymówki (40 przecież już w przyszłym roku):

  1. nie mam czasu – to podstawowa wymówka ludzi, takich jak ja – wszystko jest ważniejsze, żeby tylko nie poćwiczyć, nie zjeść zdrowo, nie przygotować sobie jedzenia
  2. dobrze mi ze sobą – po prostu świetnie – mówię poważnie, stan samoakceptacji jest ok. ale powoduje, że się zapuszczamy jeszcze bardziej
  3. coś tam mnie boli – pewnie, że boli, i będzie jeszcze bardziej bolało, bo jak się nosi na sobie drugiego człowieka to nie jest lekko…

Wszystko sprowadza się do zarządzania czasem, szukania wymówek – na każdy dzień innych… Chwilę mi zajęło, pogodzenie się z myślą, że nie robię tego dla kogoś, w imię czegoś itd. Po prostu dla siebie.

Jestem ciekaw, czy ktoś z was Diabełki mierzy się z takim wyzwaniem? (nie problemem, problem jest wtedy gdy nie znamy rozwiązania). Podzielcie się proszę radami, jeśli komuś już się udało lub wciąż walczy. Jak nie walczy? Cóż, nie oceniam, nie namawiam, bo by przyganiał kocioł garnkowi 😉 Niebawem podzielę się wynikami mojej walki, jak chcecie również waszej.

Tymczasem życzę wam i sobie siły, motywacji i silnej woli!

 

Blog prowadzi: Daniel Trzciński
Praca w domu to czasem piekło! Jeśli często odczuwasz to samo to dobrze trafiłeś(aś) – wspólnie poskromimy tego demona.